Jessi - pracownia florystyczna firma z jakością | prasa | kontakt | poczta
Jessi szczęścia życzy


Jessi szczęścia życzy


- Jessi zmieniła nasz świat. Zarywaliśmy noce, z troski o nią wstawaliśmy o czwartej rano. Myśleliśmy o niej na okrągło. Inwestowaliśmy w jej przyszłość każdą złotówkę.
   Jessi rosła powoli. Pierwsze kroki stawiała jako pracownia florystyczna. Przez sześć lat, do 2000 r., pani Ilona karmiła ją swoją pensją. Pracowała jako księgowa w PSS Społem, potem w firmie komputerowej w Gliwicach. Przez te lata pomagał jej pracujący w kopalni mąż. Obowiązków związanych z rozwojem Jessi było tyle, że pani Ilona zatrudniła sześć pomocnic. Firma pewnie stanęła o własnych siłach, gdy tężyzny nabrała jej druga noga - prowadzona od 1999 przez pana Jana hurtownia szkła dekoracyjnego na tyskiej giełdzie kwiatowej.
   Przełomowy okazał się 2003 rok. Jessi nie zawiodła nadziei. Poświęcenie Szołtysków zaowocowało świadectwem z paskiem - Regionalna Izba Rzemieślnicza w Katowicach przyznała jej godło Firma z Jakością. Jakby szczęścia było mało, rodzina powiększyła się o synka. Pani Ilona zrezygnowała z dodatkowych zajęć, by poświęcić uwagę wyłącznie Szymkowi i - już w drugiej kolejności - Jessi.
   Zaowocowały nieprzespane noce, praca w pocie czoła, lata wyrzeczeń. Jessi wyrosła na największą w powiecie pracownię - hurtownię florystyczną. - Prawie wszystkie najlepsze kwiaciarnie w regionie to nasi klienci - możliwość współpracy z nimi napawa nas prawdziwą dumą. Aranżacje mojego autorstwa zauważane są na imprezach branżowych w kraju, a firma zapraszana jest na największe targi międzynarodowe. Prężnie działa hurtownia w Tychach.
   Jessi nabrała kształtów pod ręką Szołtysków, ale i przy firmie wyrośli jej właściciele. Pani Ilona przebyła daleką drogę. Gdy zaczynała w 1994 r., branża była w powijakach. Brakowało materiałów, wzorców, konkurencji. Ba, florysty nie ujmowała nawet lista zawodów. -Pomysł zrodził się z potrzeby serca. Byłam świeżo upieczoną absolwentką liceum zawodowego w Knurowie. Nauczycielka reklamy dojrzała we mnie talent plastyczny i pomogła mi go rozwijać, ćwicząc np. w koronkach koniakowskich. Ale zacięcie artystyczne zdradzałam już wcześniej. Koleżanki nie chciały ode mnie na urodziny drogich prezentów. Domagały się kompozycji z "suszków", czyli suszonych kwiatów, i od tego się zaczęło. Sprzedałam swoje prace raz, drugi, trzeci. Chwyciło. Ani się obejrzałam, a mój notes pękał od zleceń i zatrudniałam sześć dziewczyn. Nieraz przychodzi mi do głowy, czy szczególnie wdzięczna nie powinnam być dziadkowi. Był kupcem i z pewnością odziedziczyłam po nim smykałkę do interesów. Ale był też miłośnikiem kwiatów i może to on zaszczepił we mnie tę miłość?
   Z czasów, gdy pracowało się na okrągło, a weekendy były po to, by zwieźć kwiaty, naczynia i dodatki z giełdy oraz dostarczyć towar klientom, Szołtyskowie wynieśli żelazną zasadę - niedziele są dla odpoczynku i rodziny. -Trzy niedziele handlowe wyłącznie przed świętami - wystarczą. Pomni własnych doświadczeń, nie chcemy w podobny kierat zaprzęgać naszych pracowników. Nie potrzebują bata, żeby dawać z siebie wszystko. Inne firmy mogą mi pozazdrościć takich dziewczyn. Są twórcze, samodzielne, pracowite i lojalne.
   Od chwili debiutu pracowni wiele się zmieniło. W ostatnich latach florystyka stała się rzemiosłem wykładanym w szkołach. Pani Ilonie dyplom szkoły zastępuje zadowolenie klientów oraz certyfikaty wystawione przez Krajową Komisję Rękodzieła Artystycznego i Etnografii. Ale nie świeci nimi w oczy. Próżno też szukać w Chudowie drogowskazu prowadzącego do pracowni. Klienci sami znajdują drogę.
   Popołudniami przed dniem Święta Zmarłych pod jej drzwiami ustawiają się kolejki po stroiki. Pracownia cieszy się opinią miejsca, które potrafi skomponować wyjątkowy, "godny" wieniec czy inną roślinną ozdobę funeralną. Właśnie takiego słowa używają klienci - "godny". Jednak na co dzień efekty pracy zakładu budzą całkowicie odmienne emocje. Pani Ilona wyspecjalizowała się w bukietach i dekoracjach ślubnych.
   - Jesteśmy gotowi zrealizować dowolne zamówienia: i te najprostsze, i te najbardziej szalone. Uwzględniając życzenia pary, dobieramy kompozycje pod kątem kreacji panny młodej, założonej stylistyki wesela. Naszym celem jest stworzenie spójnej i harmonijnej oprawy kwiatowej oraz podkreślenie niezwykłości tego ważnego dnia.
   Pani Ilona czerpie inspiracje z przyrody, folkloru, malarstwa, jest za pan brat ze światowymi trendami. Śledzi je przez internet, odwiedza zagraniczne wystawy, wymienia się informacjami z zaprzyjaźnionymi kolegami po fachu z Europy i Azji. Jakkolwiek kompozycja nie byłaby "zakręcona", ilu by nie użyła egzotycznych kwiatów, zawsze musi się znaleźć miejsce dla róży, anturium bądź storczyka. - Te gatunki są jak samogłoski. Bez nich kompozycja jest niepełna, "pusta".
   Prace pani Ilony pozbawione są tandety i jarmarcznej krzykliwości, przekleństwa weselnych dekoracji. Ceni prostotę, elegancję, dobry smak. Podobnie jak jej klienci. Dzięki temu zdobyła uznanie nie tylko w Wilanowie, gdzie zorganizowała charytatywną bożonarodzeniową wystawę, ale i w dalekim Toronto.
   - Czuję się kobietą spełnioną. Zarabiam, realizując swoją pasję. Mając 20 lat odnalazłam własną drogę. Dzielę ją z Jankiem, a praca scementowała nasze małżeństwo. To wielkie szczęście. Dobrze nam w tej bajce.


Nowiny Gliwickie z dnia 30.III.2011r.
poprzednia strona
html (c) yaca 2011